Skip to main content

3,2,1… i w końcu urlop! Wyczekany. Wolne się zaczęło, czas na odpoczynek jest i pogoda sprzyja, ale jakoś… nie możecie się zrelaksować. Znacie to uczucie? W te wakacje przytrafiło się i mi. Zastanawiałam się, jak się z tej pułapki wydostać i oto parę refleksji z urlopu – ostatecznie udanego – choć odmiennego od założeń.

Zaczęło się od wiersza. Przed urlopem przygotowałam post informujący o nadchodzącej przerwie. Zawierał fragment „Starego profesora” Wisławy Szymborskiej, który przypadkiem wpadł mi w ręce. A może nie ma przypadków?

Brzmiał tak:

„Kiedy wieczór pogodny, obserwuję niebo.
Nie mogę się nadziwić,
ile tam punktów widzenia
– odpowiedział.”

Ten fragment stał się dla mnie, jakoś mimochodem, motywem przewodnim wakacji. Mówi o wielości perspektyw, które odkrywałam na wystawie Davida Hockney’a. Zawiera w sobie kontakt z naturą – coś wytrącającego z codziennego rytmu, czego mój układ nerwowy potrzebował. I w swej istocie nawiązuje do poetyckości – takiego charakteru przemijającego czasu, którego w życiu szukam.


Odpoczynek to czas poetycki

Nie chodzi o to, żeby w trakcie urlopu czytać wiersze (choć to może pomagać, mrugam do Oli). Chodzi o to, że odpoczynek jest wtedy, gdy zaczynamy doświadczać czasu… inaczej.

Na co dzień najczęściej doświadczamy czasu linearnego – jak czytam u Jenny Odell, mojej chyba ulubionej badaczki, w jej książce Saving time. Przechodzimy w nim od zadania do zadania – jak po linii, jak po sznurku. Może tylko z przerwą, żeby zerknąć na zegarek i z przerażeniem odkryć, jak bardzo jesteśmy w tyle. To tak zwany czas industrialny, charakterystyczny dla społeczeństw uprzemysłowionych. Kiedy jesteśmy w nim zanurzeni, regenerujemy się tylko po to, żeby następnego dni być gotowymi do pracy. Wszystko, co robimy dzieje się w jednym ciągu i celu – jest podporządkowane obowiązkom oraz efektywności.

Tymczasem czas wolny, odpoczynek to czas nielinearny. Kiedy w nim jesteśmy, zeskakujemy z osi zadań w otwartą przestrzeń możliwości. Rezygnujemy, choć na chwilę, z produkcyjnej taśmy i zwiększania efektywności. Możemy dalej być w działaniu, ale czas spędzamy na odkrywaniu, zaciekawianiu, szukaniu, bawieniu się, „błądzeniu”, zauważaniu tego, co dookoła i doświadczaniu. Zadowalamy się byciem.

Czas, który jest takim stanem umysłu, przypomina mi swoją istotą wiersz. Krótką formę intensywnego przeżywania rzeczywistości. Uchwycenie chwili. I dlatego podoba mi się nazywanie go czasem poetyckim. Szukałam go w tegorocznym urlopie. Chciałabym go więcej w codzienności.

Jeśli ciekawią Cię Twoje nawyki odczuwania czasu i ich wpływ na życie, zajrzyj do kart

Nie zorientowałam się od razu, jak to zrobić. Potrzebowałam paru dni i całkowitej zmiany otoczenia, żeby wyskoczyć poza oś produktywności. Dzięki dobrej organizacji Kolei Wielkopolskich (wow! #makezbiorkomgreatagain), mogłam łatwo na parę godzin wyjechać z miasta. I dopiero w podpoznańskiej Puszczy Zielonce, mój umysł i ciało zrozumiały, że trafiliśmy do innego porządku. Takiego, w którym mogę odpuścić. Takiego, w którym upływ czasu wyznacza – nie zegarek, nie kalendarz – a słońce przemieszczające się po niebie i rytm moich kroków. Poetycko? A może po prostu zmiana perspektywy.

Nie mogę się nadziwić, ile tam punktów widzenia

Równie dobrze co Szymborska, mógłby to powiedzieć Hockney. Wybrałam się do Paryża na jego głośną wystawę. Zachwyca mnie, ile Hockney widzi i jak widzi. Ale w jego pracach – pod studium światła, kształtów, kolorów, pod tryskającym apetytem na życie i radosną atmosferą – kryje się głębsza refleksja. W takich obrazach jak Seven Yorkshire Landscapes czy Pearblossom Highway, Hockney pokazuje, że to, co postrzegamy jako rzeczywistość – pewną ciągłą całość – jest w istocie zbiorem wielu odrębnych punktów widzenia. Takim kolażem konstruowanym w czasie.

Pearblossom Highway, David Hockney

Właściwie jakby Hockney chciał powiedzieć: Twój obecny punkt widzenia, to tylko jeden z wielu Tobie dostępnych. Dostrzeżesz w życiu tyle, ile punktów widzenia przymierzysz. Zmiana tylko jednego z nich może zmienić całość obrazu. A czasem do tej zmiany możesz potrzebować więcej czasu. Życie jest sztuką patrzenia.   

David Hockney, fragment (niestety nie zanotowałam tytułu)


W cyklu pejzaży swojego rodzinnego Yorkshire, Hockney wyłuskuje to, co w codziennym krajobrazie niezwykłe. Idę o zakład, że doświadcza czasu poetyckiego na co dzień, chociażby w krótkich chwilach zachwytu nad otaczającą przyrodą. Natura jest dla nie tylko uciechą, ale także pocieszeniem. W końcu jej cykliczność powoduje, że – jak mówi artysta i motto wystawy – nikt nie może odwołać wiosny.

Ani lata w Paryżu.

Nie chodzi tylko o to, żeby zwolnić (i nic nie robić)

Intuicja podpowiadałaby nam, że odpoczywamy w spowolnieniu i zatrzymaniu. Tak. I nie. Ten urlop udowodnił mi, że sprawa nie jest oczywista.

Na początku swoich wakacji nie mogłam „odpuścić i po prostu odpoczywać” z naturalnych przyczyn: mój układ nerwowy był w trybie czasu industrialnego, w trybie działania. Miałam mocno zaktywowaną część układu nerwowego odpowiedzialną za pobudzenie (zwaną współczulną).
Potrzebowałam czasu, by nagromadzoną przez ciało energię spożytkować. Intuicyjnie, zapisałam się podczas urlopu na trening – nie jest to wcale oczywista dla mnie aktywność, ale ciało potrzebowało ruchu.
A potem potrzebowałam sygnałów z otoczenia, które zaktywowałyby drugą część autonomicznego układu nerwowego, odpowiedzialną za spowolnienie i regenerację (zwaną przywspółczulną). Stąd, też intuicyjna, wycieczka w ciszę Puszczy Zielonki i obserwacja kolorów na polu słoneczników. Pomocna była też medytacja w Leśnym Kręgu zorganizowana przez Marię z Fundacji Trzy Bramy, której działalność serdecznie polecam Waszej uwadze!

Kiedy złapałam trochę równowagi przyszedł Paryż i znów było dość intensywnie. Czułam, że odpoczywam, choć tę parę dni wypełniliśmy po brzegi. W odpoczywaniu więc nie chodzi o całkowity brak aktywności. Układ nerwowy lubi zmienny rytm, delikatne huśtanie: trochę pobudzenia i działania, a potem trochę zwolnienia i regeneracji. Tak na przemian.  

Wniosek: żeby odpocząć potrzebujesz spowolnienia, ale nie da się go zrobić od razu i na zawołanie. Potrzeba spożytkowania energii i uspokajających sygnałów z otoczenia. Nie chodzi też o to, żeby całkiem się zatrzymać i przez cały urlop zupełnie nic nie robić. Potrzeba naprzemienności. Wszystko to ułożyło mi się w sensowną całość, kiedy – niestety już na koniec wypoczynku – przeczytałam na profilu Stowarzyszenia Somatic Experiencing wpis Sabiny Sadeckiej o stresie na urlopie. Sabina pisze więcej i pięknie, zerknijcie.  

Nie byłabym sobą, gdybym w tym miejscu nie dodała perspektywy krytyczno-kulturowej. Mówi ona, że „spowolnienie”, do którego coraz częściej nawołuje kultura terapeutyczna i rozwojowa i well-being, jest luksusem. Po prostu coraz mniej z nas może sobie pozwolić (z uwagi na koszty finansowe czy społeczne) na spowolnienie. O odpoczynek będzie nam coraz trudniej, jeśli szukać go będziemy za pomocą indywidualnych strategii radzenia (na które stać nielicznych). Nadzieją pozostają kolektywne działania na rzecz zmiany systemu, w jakim funkcjonujemy, czyli np. na rzecz zmiany prawa czy kultury pracy w Polsce.

Potrzebujemy życia, w którym możemy doświadczać czasu poetyckiego częściej. Potrzebujemy życia, w którym odpoczywać możemy nie tylko na urlopie, ale na co dzień – „patrząc w niebo”, w naturalnym rytmie pobudzenia i wyciszenia, nie czekając do kolejnej wiosny (czy lata).

Author Daria Jezierska-Geburczyk

psycholożka, kulturoznawczyni, założycielka Myślnika. Prowadzi indywidualne sesje psychologiczne, procesy rozwojowe w oparciu o narzędzia coachingowe, terapeutyczne oraz wiedzę naukową. Interesuje ją przenikanie narracji kulturowych i osobistych. Przygląda się szczególnie pracy - jej kulturowym uwarunkowaniom i indywidualnym sposobom przeżywania.

More posts by Daria Jezierska-Geburczyk
Share