Czym jest dorosłość w dzisiejszych czasach? Rozmawiamy o niej na bazie przeprowadzonych niedawno badań, ale bez roszczenia sobie praw do ostatecznej wersji czy prawdy. Z naszej rozmowy wyszła opowieść o dorosłości, która uwzględnia szeroki kontekst. Jest w niej miejsce na „Traumaland”, przemiany ustrojowe lat dziewięćdziesiątych i seriale lat dwutysięcznych. Wszystko to prowadzi nas do pomysłu, że dorosły jest ten, kto ma umiejętność i odwagę ujawniania siebie. Społeczeństwo takich ludzi dorosłych musi umieć mieścić różnice. Wspomniane badania i sama rozmowa są propozycją takiej różnicy – rozumienia dorosłości inaczej niż dotychczas.

rozmowa z dr Karoliną Kuryś-Szyncel, adiuntką na Wydziale Studiów Edukacyjnych UAM
Kim dziś jest dorosły człowiek?
Daria Jezierska-Geburczyk: Rozmawiamy o dorosłości, żeby dołączyć do toczącej się w świecie dyskusji na temat tego, czym ona jest. Zdaje się, że bycie dorosłym, oznacza dziś co innego niż kiedyś i potrzebujemy jakiejś aktualizacji.
Karolina Kuryś-Szyncel: Już na początku lat dwutysięcznych Jeffrey Arnett, amerykański psycholog, zaproponował nowe pojęcie – wprowadził hasło wyłaniającej się dorosłości. Zauważył, że pojawił się etap pośredni między adolescencją a dorosłością, którego wcześniej nie było. Etap ten jest charakterystyczny dla młodych ludzi znajdujących się między 19 a 30 rokiem życia, którzy pochodzą z poprzemysłowych społeczeństw zachodniej kultury. Wyłaniająca się dorosłość jest etapem poszukiwań siebie, takim przedłużonym czasem dookreślania własnej tożsamości, na który istnieje społeczne przyzwolenie.
DJG: Przeprowadzałaś w międzynarodowym zespole badania nad dorosłością[1], o których wiem już, że przyniosły ciekawe wyniki. Razem z grupą polskich, amerykańskich, japońskich, koreańskich, hiszpańskich i portugalskich naukowców, zapytaliście osoby w wieku między 19 a 30 lat, czyli właśnie wyłaniających się dorosłych o to, co oznacza dla nich bycie dorosłym. Czego się dowiedzieliście?
KK-SZ: Uczestnicy badań udzielali odpowiedzi w postaci krótkiej, otwartej formy pisemnej. Chcieliśmy uchwycić, czym jest dorosłość z perspektywy osób, które właśnie teraz w nią wkraczają i tym samym uniknąć narzucania z góry jakiejś teorii dotyczącej dorosłości, która wprawdzie jest obecna w podręcznikach, ale może nie jest już obecna w życiu. Dopiero po zebraniu i przeanalizowaniu odpowiedzi, postawiliśmy pytanie: Czy zadania rozwojowe dorosłości, o których mówią badani, pokrywają się ze wskaźnikami dorosłości, jakie mamy w książkach? Nie do końca. W tym badaniu udało nam się wyróżnić nowe wskaźniki dorosłości.
Rezyliencja zamiast pancerza emocjonalnego

DJG: W kontekście Waszych badań: co dzisiaj oznacza być dorosłym?
KK-SZ: Pierwsze co nam wyszło, to że dorosłość polega na budowaniu mentalnej rezyliencji, na wzmacnianiu psychicznej odporności. Dużo badanych opisywało różnego rodzaju kryzysy, które przechodzili oraz procesy wyciągania wniosków z tych kryzysów. Doświadczenia te wykorzystywali do budowania dobrej dla siebie równowagi emocjonalnej, psychicznej. Rezyliencja, która jest odpowiedzią na kryzysy i z nich się wyłania, to nie jest takie tylko popkulturowe hasło. Ona była osadzona w konkretnych, osobistych przeżyciach młodych ludzi.
DJG: O pokoleniu „Zetek”, obecnych młodych dorosłych, mówi się często coś wręcz odwrotnego. Istnieje o nich taka opowieść, że są wrażliwe „jak płatki śniegu”, tak delikatne, że czasem aż życiowo niezaradne. Jak w tym kontekście rozumiesz to budowanie rezyliencji?
KK-SZ: Z mojej perspektywy, ta duża wrażliwość młodych ludzi, to ich wielki zasób. Oznacza, że dużo rzeczy czują i – co więcej – potrafią o tym mówić, potrafią to pokazywać. A rezyliencja jest ich proaktywną strategią radzenia, dowodem na to, że szukają sposobów, by swoje emocje regulować. Uczą się jak być empatycznym i jednocześnie nie spalić się w tym. Szukają równowagi. Nie ubierają już emocjonalnego pancerza, jak robili rodzice – pokolenie X. Rozumiem to tak, że dorosłość jest dla nich o łączeniu czucia z odpornością.
DJG: Chodzi o to, żeby te stany się uzupełniały. Osoba dorosła pozwala sobie czuć, ale też nie zapada się od razu pod wpływem emocji.
KK-SZ: Współcześni młodzi ludzie wiedzą o swojej emocjonalności, bo często dostają społeczny feedback w postaci: „oo, no bo Ty jesteś już taaaki wrażliwy”. Ale mam wrażenie, że wcale nie chcą z niej rezygnować. I dobrze. Kiedyś ze studentami oglądaliśmy odcinek starego już serialu „Felicity”. Główna bohaterka ma około dwudziestu lat, kiedy dowiaduje się, że jej rodzice się rozwodzą. Ta informacja burzy obraz świata, który sobie stworzyła. Cały odcinek jest o tym, ale jest w nim też element terapeutyczny. Okazuje się, że dziewczyna była w tej rodzinie nie tylko córką, ale też spoiwem. Na niej spoczywał ciężar podtrzymania rodziny w całości, przy życiu. Dowiaduje się, że jej matka wyszła za jej ojca tylko dlatego, że była z nią w ciąży. W historii swojego życia bohaterka doświadczyła parentyfikacji, no dużo trudnych wątków naraz, w 45 minutach.
Na koniec odcinka dwóch studentów, mężczyzn, siedzi ze łzami w oczach. I jeden z nich mówi: „Wzruszyło mnie to bardzo. Widzę, że kolegę też. No… no bo ja to taka zetka jestem, tak się wzruszam.” Pierwszy raz zobaczyłam wtedy, że ktoś, że chłopak nie wstydzi się swojego wzruszenia i umie o tym opowiedzieć. Dla mnie to jest ogromny zasób tego człowieka i ważna pokoleniowa zmiana.
DJG: Cieszę się, że powiedziałyśmy o tym, że mentalna rezyliencja to nie pancerz, zamykanie się na czucie i utwardzanie się, a bardziej jakiś rodzaj odpowiedzi na świat, który dobrze uzupełnia się z wrażliwością. Nie ma dobrej odporności bez delikatności.
KK-SZ: Jak się prowadzi badania nad pokoleniami, często socjologiczne, to się próbuje na siłę te pokolenia różnicować, a potem wartościować te różnice. Często młodsze pokolenie ocenia się negatywnie przez odniesienie do pokolenia starszego. To mi się nie podoba. Nie uważam, że te umowne pancerze i trzymanie gardy, bardziej charakterystyczne dla starszego pokolenia, są lepsze niż bycie jak płatek śniegu. Może jest wręcz odwrotnie! Widzę, czym pokolenie X czy baby boomers, przypłaca ten rodzaj usztywnienia w przeżywaniu świata. Młodzi ludzie, ale tu już pojawia się kolejny wyróżnik dorosłości widzianej ich oczami…
Uczenie się przez całe życie jako cecha dorosłości
DJG: … przejdźmy do niego, co moglibyśmy przyjąć jako drugi wskaźnik dorosłości?
KK-SZ: Ci młodzi ludzie widzą dorosłość jako uczenie się przez całe życie. Chodzi o stałe uczenie się, ale nie tylko z własnej biografii i życia, ale rzeczywiście o celowe i świadome pogłębianie wiedzy. Dorosłość to dla nich ciągły rozwój myślenia, zachowywanie otwartości poznawczej. Przez swoją gotowość przyjmowania wiedzy, czytanie różnych źródeł, podróżowanie i zyskiwanie innych punktów widzenia, ci młodzi ludzie otwierają się na inne interpretacje rzeczywistości. Mają na przykład inny stosunek do przeszłości. U profesora Michała Bilewicza w „Traumaland” czytamy, że Polacy żyją z powojennymi, międzypokoleniowymi traumami, których się nie leczy. Niosą brzemię historii, które odziedziczyli. Młodzi nie chcą już narracji o cierpieniu, o poświęceniu. To są moje własne obserwacje z zajęć ze studentami – widzę, jak zmienia się ich podejście. Mówią: „Fatalnie wtedy było, współczujemy Wam, że tak mieliście, ale tak nie musi być, to już nie jest nasze”. Mój synek ma 8 lat i myśli, że w PRL-u świat był czarno-biały. Pyta mnie, o to, kiedy świat został pokolorowany? Cieszy mnie, że widzi teraz świat w różnych kolorach, jako obfitszy, z możliwością wyboru.
Ale niestety ten ograniczający świat PRL-u nie do końca się skończył. Pozostał w mentalności wielu ludzi w takim przywiązaniu do podporządkowywania się, konieczności deklarowania na siłę, opowiadania się, potrzebie jednoznaczności, w tym usztywnieniu właśnie.
DJG: I ta otwartość wyłaniających się dorosłych na zdobywanie wiedzy…
KK-SZ: … pozwala im zobaczyć, że można inaczej. Są różne sposoby życia i niekoniecznie jest tak, że ten dotychczas dominujący w danej kulturze czy społeczeństwie jest jedyny i najlepszy.
DLG: Czyli zdobywanie wiedzy uelastycznia Twój stosunek wobec tego, co przejęłaś pokoleniowo. Pozwala obejrzeć własne dziedzictwo ze zdrowym dystansem.
KK-SZ: Tak. I jednocześnie, w tym procesie zdobywam wiedzę o sobie, o własnej biografii. Wielu tych młodych ludzi pisało w badaniu, że w dorosłości ważne jest bycie w zgodzie ze sobą. Rozumienie siebie i dbanie o siebie. Nie takie egoistyczne, ale bardziej w duchu, że będąc w zgodzie ze sobą, jestem prawdziwsza w relacjach. Nie udaję.
Bycie w zgodzie ze sobą — nowy wyznacznik dorosłości
DJG: Można spojrzeć też na to bycie w zgodzie ze sobą, jako na ważny dla dorosłości aspekt wyodrębniania się, konstruowania własnej tożsamości. Mam inaczej niż Ty, i to okej, bo przecież jestem osobnym człowiekiem. Jeśli założymy, że jest to nowe podejście, to oznaczałoby, że starsze pokolenia w Polsce nie mają wiele zgody na różnice. Prezentują raczej postawę, że tak długo, jak mamy podobnie jest fajnie, ale jak zaczynasz mieć po swojemu, jak zaczynasz coś kwestionować i widzieć inaczej, to jest to dziwne, a nawet jakby trochę… niebezpieczne?

KK-SZ: Przygotowując się do naszej rozmowy, zajrzałam do tekstu, który napisałam w 2016 roku. Może ktoś będzie chciał do niego zajrzeć, tytuł brzmi „Bo inność drażni jednakowość”. To jest cytat z Edwarda Stachury, z tomu „Się”. Podtytuł artykułu to: „Konfrontacja z zadaniami rozwojowymi dorosłości jako źródło konfliktu”. Dorosłość to taki moment, kiedy możemy pokazać inność w pełnej krasie. Najpierw, jako dzieci socjalizujemy się do norm i wzorców. Mamy być podobni do innych, żeby było nam bezpiecznie. W dorastaniu rozwój polega na tym, że weryfikujemy to, czego się nauczyliśmy. To kolejny etap socjalizacji zwany personalizacją. Oczywiście, jeśli nie podporządkuję się dominującym wzorcom, to ryzykuję konflikt i wykluczenie z mainstreamu. Konsekwencje będą. Ale moje osobiste i już jako osoba dorosła, mam więcej kompetencji, żeby je unieść. Mam wrażenie, że u części osób – dziś formalnie dorosłych – ten proces personalizacji się jednak nie domknął, czasy temu nie sprzyjały.
DJG: Powiesz coś więcej?
KK-SZ: W latach 90. część młodych ludzi rzuciła się w wir pracy w korporacjach, które pojawiły się w Polsce wraz z przemianą ustrojową i gospodarczą. Pracowali tak przez 10, 15 czy 20 lat, a potem odchodzili, wyjeżdżając w Bieszczady. Mam wrażenie, że to drastyczne odejście i wywrócenie życia do góry nogami wskazuje, że ich proces kształtowania się tożsamości, odpowiadania na pytanie: „czego chcę?”, „co dla mnie ważne?” nie miał jak się dokonać. Popłynęli z nurtem, z biegiem historii, pomijając etap poszukiwania miejsca dla siebie ze swoją różnorodnością, swoją indywidualnością. To, co uczestnicy naszych badań mówią o rezyliencji i o zdobywaniu wiedzy w dorosłości jest o ścieraniu się, o zastanawianiu się, co wybrać, o ciągłej konfrontacji i gotowości do bycia w jakimś konflikcie. To jest dynamiczne. To jest bardziej o ciągłym ruchu, a mniej o przyjmowaniu tego, co się zastało. Tylko na ile dziś nadal tak jest, że indywidualność może drażnić jednakowość? Na ile odrębność osobista ściera się z narracją społeczną i oczekiwaniami społecznymi? Nie wiem, bo nie wiem czy jest jakiś jeden główny wzorzec kulturowy, wobec którego można się opowiedzieć…
Solidarność społeczna i otwartość na różnorodność
DJG: Przypomina mi się wywiad z profesorem Przemysławem Czaplińskim, w którym mówi on, że nasze społeczeństwo nie jest monolitem. Homogeniczność narodu, o której lubiło się opowiadać, typu „katolicki kraj”, jest jakiegoś rodzaju iluzją, zawsze była. Jego zdaniem Polacy potrzebują teraz zacząć dostrzegać swoją różnorodność, a przede wszystkim nauczyć się ze sobą nie zgadzać. Na tym miałoby właśnie polegać budowanie dojrzałej wspólnoty, że zrobimy miejsce na ścieranie się wielorakich narracji o podzielanej rzeczywistości.
Może polskie społeczeństwo, to już moja myśl, jest teraz takim nastolatkiem, może wyłaniającym się dorosłym, którego kiedyś próbowało się wcisnąć w jeden wzorzec, tak jakby była jedna poprawna wersja widzenia rzeczywistości, ale teraz zaczyna się dla niego etap personalizacji. Na przykład w polskiej literaturze obserwujemy trend czy zwrot w stronę lokalnych tożsamości. Wspaniała książka „Król Warmii i Saturna” pokazuje, że my, współcześni, zaczynamy się orientować, jak złożone są nasze osobiste historie. Chociażby to, że nasza tożsamość opiera się na krajobrazie i historii ziem, z jakich pochodzimy, a nie tylko na abstrakcyjnej idei narodowości. Jaki jest Polak z terenów nadodrzańskich? A jaki z Podkarpacia? Przez lata nie było zgody na eksplorowanie tej odmienności.
KK-SZ: Bardzo mi rezonuje to, co mówisz. Miałam ostatnio zajęcia, na których zrobiliśmy ze studentami podyplomowymi – zróżnicowanymi wiekowo i płciowo – ćwiczenie „bezludna wyspa”. To ćwiczenie pokazuje różne etapy rozwoju grupy. Ludzie lądują razem na bezludnej wyspie i muszą się jakoś na niej urządzić. Nie wiadomo, jak długo będą musieli na niej przetrwać. Zadaniem grupy jest ułożyć 10 reguł, które będą ich wspólnie obowiązywać. W pewnym momencie pojawiła się kwestia sporna, dotycząca sprawowania władzy. Kto będzie miał prawo zaprowadzania porządku, jeśli zajdzie taka potrzeba? Pojawiły się różne głosy, od „ludzie są z gruntu dobrzy, więc zaufajmy sobie” po „przypomnijcie sobie <Władcę much> – co zrobimy, gdy z powodu niezaspokojenia potrzeb uruchomią się nasze niekoniecznie szlachetne instynkty?”. Spojrzałam sobie na tę dyskusje z metapoziomu i zauważyłam, że były przynajmniej dwie grupy postaw. Niektóre osoby dyskutowały w ożywiony sposób, ale spierały się na poglądy, nie przeciwko sobie. I była grupa osób jakoś powstrzymująca tę dyskusję, dążąca do tego, żeby się nie ścierać, nie dotknąć drażliwych tematów, wygładzić je tak, żeby wszystkim było dobrze i spokojnie. Z perspektywy rozwoju grupy, ta „przyklepująca” część jest na etapie dzieciństwa.
Zastanawialiśmy się później, skąd potrzeba przykrywania niewygodnych tematów i ktoś powiedział, że z niemocy, z nieumiejętności rozmawiania, z nieumiejętności rozwiązywania konfliktów. I z obawy przed odkryciem siebie. Po prostu nie umiemy się nie zgadzać. Teraz jako społeczeństwo zaczynamy dostrzegać, że jesteśmy różnorodni, co mogłoby nas cieszyć, a część z nas ciągle to przykrywa.
DJG: Jest tak, jakby wygrywało głęboko wdrukowane w nas uczucie, że jak będziesz odstawać czy wystawać, to cię wytną.
KK-SZ: Bycie odrębnym na pewno nie jest łatwe. Stanie za sobą samym budzi sporo wewnętrznego napięcia, ale mam wrażenie, że obecnie młodzi ludzie nie mają z tym już takiego kłopotu. Widzę, że dużo się zmienia, że język dużo tu zmienia.
DJG: Aha..?
KK-SZ: Widzę na przykład, jak dzieci szybko przejmują język, którym nauczyciele posługują się w szkole. Mój mąż kiedyś powiedział do synka, że może on zawsze pójść do „pani sprzątaczki, żeby”… i wtedy przerwała mu córka, przysłuchująca się z boku, mówiąc: „osoby sprzątającej, tato”. Mój mąż pociągnął temat i wytłumaczył, że powiedział tak, bo wydawało mu się, że w szkole sprząta pani. Na co córka: „Nigdy nie masz pewności czy pani czy pan, a jak powiesz osoba sprzątająca to jest bezpiecznie i neutralnie, nikogo nie urazisz”. Dla mnie to mocny przekaz o tym, jak język kształtuje sposób rozumienia i bycia w świecie. Myślę, że u naszych badanych też to wybrzmiało – było sporo takiego nowego języka związanego z dobrostanem, samorozwojem, rezyliencją właśnie. Obecność tych słów zmienia postawę.
DJG: To, co mówisz, może brzmieć dla niektórych jeszcze bardziej zagrażająco: zmiana naprawdę się zadziewa. To nowe pokolenie jest inne. A przecież są osoby, które chcą zmianę zatrzymać, spowolnić, utrzymać stary porządek, sprzeciwiają się choćby feminatywom. Co powiedziałabyś takim osobom?
KK-SZ: Nie wiem, czy to by ich uspokoiło, ale pewnie powiedziałabym, że te zjawiska: indywidualizacja, odrębność, różnienie się, wcale nie są nowe. Tylko teraz w końcu mamy odwagę je nazwać. Z opowieści moich rodziców wiem przecież, że w PRL-u istniało wiele małżeństw, w których jedna z osób była nieheteronormatywna. Trzeba było to ukrywać, ale wszyscy o tym mówili – tajemnica poliszynela. Jaki to był dramat: tej osoby, tej rodziny. Z kolei co do feminatywów, to jeśli ktoś zna historię języka polskiego, wie, że istniały wcześniej – znamy je choćby z tekstów literackich: chirurżka, doktórka – tylko w latach 60-70tych zostały usunięte ze słownika.
Przestarzałe wskaźniki dorosłości — co się zdezaktualizowało?

DJG: Zastanawiam się teraz, co byś powiedziała, na taki pomysł, że bycie dorosłym to ujawnianie? Ujawnianie odrębnego zdania, ujawnianie odrębnych historii i perspektyw różnych grup społecznych, ujawnianie w kontekście poznawania i odkrywania siebie, ujawnianie swojej wrażliwości i rezyliencji, ujawnianie różnorodności, ujawnianie też tego co niewygodne z gotowością do konfliktu?
KK-SZ: Podoba mi się. To jest zupełnie inna opowieść od tej, która jest utrwalona w literaturze naukowej. Używamy przestarzałych konceptów i one wymagają rewizji. Päivi Fadjukoff określiła w 2007 roku wskaźniki dorosłości, z których korzystamy. Czyli 20 lat temu. To perspektywa prawie całego pokolenia wstecz. Według niej wskaźnikiem dorosłości jest opuszczenie domu rodzinnego i założenie własnego gospodarstwa – co dzisiaj, często z powodów ekonomicznych, nie jest dla młodych ludzi łatwo dostępną opcją. Drugi jej wskaźnik to zakończenie edukacji, które stoi kompletnie w sprzeczności z tym, co mówią nasi badani – oni chcą się przecież uczyć przez całe życie. Trzeci czynnik to zbudowanie trwałego związku intymnego i założenie rodziny, w tym posiadanie dzieci. Mogę zaraz o tym powiedzieć więcej. No i aktywność zawodowa w pełnym wymiarze, co przy różnych elastycznych formach pracy, często nie ma dziś miejsca. Żadna z kategorii Fadjukoff nie jest już aktualna w definiowaniu dorosłości, w takim świecie, jaki współcześnie mamy.
DJG: Chciałam jeszcze dopytać o Wasze badania – czy poza tymi trzema cechami dorosłości: rezyliencja, zdobywanie wiedzy i bycie w zgodzie ze sobą, wyróżniłyście jeszcze jakieś?
KK-SZ: W tych nowych zadaniach rozwojowych dorosłości byłaby jeszcze solidarność społeczna. No i otwartość na różnorodność. W solidarności, oprócz tego, że badani mieli gotowość do łączenia się w grupy, chodziło też o względy klimatyczne, dbanie o planetę. Dla mnie to sygnał dużej odpowiedzialności. Kiedyś powiedzielibyśmy, że odpowiedzialny to ten, kto założył rodzinę i ma stałą pracę, a dziś moglibyśmy powiedzieć o odpowiedzialności coś zgoła innego. Moim zdaniem młodzi rozumieją ją bardziej w kontekście społecznym: bycia odpowiedzialnym za siebie, innych, środowisko. Moglibyśmy też tak rozumieć decyzję o nieposiadaniu dzieci. W tej decyzji nie chodzi o niechęć do wzięcia odpowiedzialności czy do dorośnięcia, ale wręcz przeciwnie. To może być odpowiedzialna postawa, bo planeta jest przeludniona, a świat w kryzysach.
DJG: Można by powiedzieć, że pewne wartości związane z dorosłością, na przykład odpowiedzialność, podzielamy międzypokoleniowo, tylko że inaczej je rozumiemy i realizujemy. Mówisz też o łączeniu sprzeczności. Współcześni wyłaniający się dorośli je łączą: są jednocześnie wrażliwi i budują rezyliencję, chcą stawiać na siebie i są społecznie solidarni.
KK-SZ: Osoby, które są na etapie wyłaniającej się dorosłości, szukają swojej ścieżki. Jak to się wszystko u nich ostatecznie ukształtuje, nie wiadomo… Być może zasobem współczesnych młodych dorosłych będzie rosnąca umiejętność bycia w niejednoznaczności, umiejętność godzenia tego co różnorodne.
DJG: A to wzmacniałoby odporność całego społeczeństwa na kryzysy! W książce „Sand talk” o mądrości rdzennych ludów, którą właśnie przeczytałam, autor pisze, że różnorodna wspólnota to najlepszy przepis na przetrwanie w świecie. Takiej wspólnocie łatwiej się adaptować. Homogeniczna wspólnota to przepis na upadek cywilizacji – w ogromnym skrócie. Kończymy więc z nutą optymizmu. Dziękuję Ci za podzielenie się wynikami badań, doświadczeniami i taką przekrojową rozmowę.
KK-SZ: Dziękuję.
[1] Jankowiak, B., Soroko, E., Kuryś-Szyncel, K., Jaskulska, S., Hill, C. T., Sawaumi, T., Sanz-Barbero, B., Vives-Cases, C., Neves, S., Inagaki, T., Lee, J., & Watanabe, Y. (2025). Building Bridges Between Arnett’s and Havighurst’s Theories: New Developmental Tasks in Emerging Adulthood Across Six Countries. Emerging Adulthood, 13(3), 503-518. https://doi.org/10.1177/21676968251322822 (Original work published 2025)

dr Karolina Kuryś-Szyncel:
ukończyła psychologię (specjalność psychologia edukacji) oraz filologię polską (specjalność nauczycielska oraz filmoznawcza) na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Uzyskała stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki na Wydziale Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu. Jest absolwentką Kursu Zaawansowanego Psychoterapii Systemowej przy Wielkopolskim Towarzystwie Terapii Systemowej.
Jej naukowe zainteresowania dotyczą problematyki biograficznych uwarunkowań rozwoju i zmian o charakterze personalizacyjnym w dorosłości oraz znaczenia krytycznych wydarzeń w biegu życia zarówno w perspektywie jednostkowej jak i rodzinnej. W pracy badawczej poszukuje możliwości łączenia metod ilościowych i jakościowych w badaniach narracyjno-biograficznych.
Jest autorką i współautorką monografii naukowych oraz licznych artykułów w czasopismach i pracach zbiorowych. Zrealizowała staż naukowo-badawczy w Department of Psychology Whittier College California pod kierunkiem Profesora Charlesa T. Hilla.
Adiunktka w Pracowni Psychopedagogicznych Badań nad Rozwojem Człowieka Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM.

Daria Jezierska-Geburczyk:
psychoterapeutka systemowa w trakcie kształcenia; psycholożka i kulturoznawczyni z historią pracy w branży kreatywnej i w nauce. Założycielka Myślnika – przestrzeni do refleksji, wspierającej mądry rozwój i działającej na rzecz osobistego oraz społecznego dobrostanu. Prowadzi terapię indywidualną dorosłych, warsztaty rozwojowe oraz sesje coachingowe (w podejściu ACT).



